17 sierpnia 2018

Znalazłam tani idealny podkład dla cery trądzikowej i tłustej

Dzień dobry! 
Powrót do Bobolic sprawił, że mam więcej czasu by móc tutaj pisać, mieszkam w nie lada komórce pod schodami niczym Harry Potter i szukam siebie, przy czym pozostaję uśmiechnięta - taką mieszankę wybuchową emocji potrafimy przeżyć tylko my - KOBIETY. Zauważyliście, że każdy post na moim blogu rozpoczyna się wstępem? Potem jest rozwinięcie, a na końcu zakończenie. Niczym rozprawka. Śmieszne. Zważywszy na fakt, iż maturę rozszerzoną z języka polskiego zdałam na 0%. Dobrze, mój ulubiony żart mam za sobą, teraz możemy przechodzić do rzeczy.

Dzisiejszy post jak tytuł wskazuje będzie raczej dla nastolatek, nastoletniej, piękniejszej części naszego świata. (Dobre, co?) Dla dziewczyn, które borykają się z problemem powszechnie znanym, powszechnie znienawidzonym i niechcianym. TRĄDZIK. Sama miałam ten problem. Nie było to coś wielkiego, ale było.. Zanim zaczęłam się malować, zakrywać to, co zakryć zawsze chciałam, miałam z tym ogromny problem. Wyjście gdziekolwiek zaczęło sprawiać mi kłopot. Wstydziłam się nadmiernej ilości krostek, rozdrapanych uprzednio strupów czy obrzęków na czole. Wstydziłam się na korytarzu w szkole. Wstydziłam się w sklepach z ubraniami. Wstydziłam się w każdym miejscu publicznym gdzie światło nie było dla mnie korzystne. Z czasem, gdy zaczęłam się malować, wypróbowałam 4 podkłady, znalezienie idealnego partnera dla mojej twarzy nie trwało długo jak widać. (Zaledwie kilka miesięcy buszowania po youtubie.) 


Jest i on! REVLON COLORSTAY! Niesamowicie trwały podkład. Wg producenta na buzi utrzymuje się przez 24h, wypróbowane, sprawdzone - działa! W 43 odcieniach, każdy znajdzie coś dla siebie. Mój - przeznaczony jest dla skóry tłustej i mieszanej. (Jest też opcja dla skóry suchej.) Co lubię w tym podkładzie? Jego konsystencja jest bardzo gęsta. Szybko i trwale zastyga na twarzy i faktycznie utrzymuje się przez obiecane 24 godziny.


W drogeriach stacjonarnych jego cena to 69,99 zł, nie byłabym oczywiście sobą gdybym zapłaciła tyle za mazidło do twarzy. Ja swoje kosmetyki kupuję przez internet. Tanio, nie muszę przedzierać się w drogerii pomiędzy innymi kobietami, paczka przyjdzie do domu i przy tym zapłacę za niego 34,90 zł, przy dobrych wiatrach 24,90 zł. Jest różnica? Diametralna. (Lubię odpowiadać na swoje pytania.) Drogerie internetowe, które mogę Wam polecić toKosmeryki z Ameryki i eKobieca.pl, najczęściej właśnie stamtąd zamawiam różne pierdoły. Moim ostatnim zamówieniem podzielę się z Wami w dalszej części wpisu.

Ponadto podkład niesamowicie zakrywa niedoskonałości w postaci: zaczerwienień i pryszczy. Bardzo ładnie rozprowadza się nawet dłońmi (trzeba dokładnie go potem z nich zmyć, lubi zostawać w zmarszczkach na palcach), lepiej jednak wygląda na buzi nałożony gąbeczką do makijażu (oczywiście taką zmiękczoną uprzednio wodą, suche gąbki będą tylko spijały podkład z naszej twarzyczki, a tego nie chcemy). Świetnie współpracuje z innymi kosmetykami, mam na myśli rozświetlacze, bronzery, korektory. Podkład w pełni zasycha na cerze, matowieje, właściwie nie trzeba używać pudru, żeby buzia pozostała matowa przez cały dzień, po kilku godzinach widoczne jest sebum, natomiast w moim przypadku ładnie rozpromienia cerę i kompletnie mi to nie przeszkadza. Dla pewności, gdy idę do pracy lub na imprezę używam pudru ryżowego. Minusem delikatnym tego podkładu jest fakt, że od potu podkład się zmywa pod wpływem tarcia po buzi chusteczką, więcej nie dostrzegam.

Co sądzicie o tym poście? Podkład jest bardzo ważny dla osób, które borykają się z trądzikiem, stąd mój pomysł na post. Przydatny? Chętnie poczytam Wasze komentarze.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego co pozytywne w walce z krostkami i zaczerwienieniami,
ślę buziaki, Klaudia.

14 sierpnia 2018

Pamiątka z Urzędu Miasta - letni przepis na pasztet z cukinii

Dzień dobry Moi Mili, 
cieszę się, żeście się tu zjawili..

A tak na serio, dzisiejszy post będzie kulinarny, uuu, coś nowego, zbyt nowego, zbyt dziwnego jak na moje zdolności, upodobania i wszystko inne. Odbywając staż w Urzędzie Miasta nauczyłam się wielu przydatnych mi aktualnie rzeczy. Kontakt z ludźmi, współpraca z nimi, praca z osobami starszymi wiekowo od siebie, stałam się bardziej dojrzała, uwielbiam rozmawiać z ludźmi i potrafię szanować ich czas (szanując przy tym także i swój, rzecz jasna). Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, praca tam ukształtowała mnie bardzo jako człowieka. Nigdy wcześniej jak się okazało nie umiałam poprawnie zaadresować koperty, nie wiedziałam jak ważna jest ewidencja jakichś tam dokumentów i, że dokumenty w segregatorze segreguje się chronologicznie według danej sprawy. Teraz jest to dla mnie oczywiste i banalne. Wy także możecie powiedzieć, jakże głupia byłam, że nie wiedziałam takich rzeczy. Wybaczcie mi Kochani, tego nie uczą na profilu humanistycznym w liceum. Choć staż nie trwał długo, poznałam wspaniałe osoby, które między innymi nauczyły mnie.. GOTOWAĆ


Bezcenne są rady koleżanki Maji na temat "kulebiaka", wciąż pamiętam cuda, cudawianki przyrządzane przez koleżankę Renię. Przytyłam w tym urzędzie, oj przytyłam. Przepisy jednak zostały w przepiśniku (jak na młodą gospochę przystało).




Przepis (patent wręcz) na pasztet z cukinii sprzedała mi Maja. Gdy przyniosła to cudo do pracy, oniemiałam. Nie wierzyłam, że w tym pysznym czymś nie ma mięsa, że tak łatwo i z tak prostych składników można przygotować ten przysmak. Przekąska banalnie prosta w przygotowaniu, idealna jak na moje zdolności i danie szybkie do przygotowania. Jako, że otrzymałam od pacjenta w przychodni 3 dorodne cukinie - Mama wpadła na pomysł cobym przygotowała pasztet. W ten oto magiczny sposób narodził się pomysł, narodziła się myśl by napisać o tym post, bo i czemu nie? Dziękuję Mamo za pomysł na kolejny wpis. Jesteś nieoceniona. 


U nas w domu Kochani, jemy to z kanapkami, raczej formuła tegoż pasztetu jest na tyle rozlazła i mało spójna, że ciężko byłoby jeść to jako potrawę, trzeba byłoby zmodyfikować przepis, a póki co na to nie miałam weny.



SKŁADNIKI:
  • 3 szklanki odciśniętej startej cukinii
  • 2 szklanki bułki tartej lub otrębów pszennych
  • 200 g sera żółtego
  • 1/4 szklanki oleju
  • cebula
  • 3 żółtka
  • 2 białka ubite na pianę
  • 2 ząbki czosnku
  • opcjonalnie: natka pietruszki lub lubczyk, 200 g pieczarek, sól, pieprz 
    - co kto lubi, krótko mówiąc
  • suszone pomidory
  • oliwki (ja używam zielonych)


Wszystkie składniki (wybierając te według własnych upodobań i ulubieńców smakowych) trzemy, kroimy, wyciskamy (co z czym zrobić trzeba), mieszamy w jednej miseczce, by składniki się połączyły w spójną masę (czy masa może być spójna? chyba nawet musi). Następnie przekładamy do "keksówek" (ja używam także papieru do pieczenia, łatwiej jest potem wyjąć pasztet z "keksówki" i wygodniej przechowywać w lodówce) i pieczemy na termoobiegu, w 180 stopniach przez godzinę. Gotowe!

Czyż nie ma prostszego przepisu? Nie wspominając już o niesamowitym smaku tegoż pasztetu, idealne rozwiązanie dla osób, którym znudziły się kanapki z szynką i pomidorem.

Co sądzicie o przepisie? Wypróbowaliście? Dajcie mi koniecznie znać, zapraszam Was także na mój instagram, gdzie znajdziecie jeszcze więcej pomysłów na pozytywny sposób bycia, więcej Jasia i mnie też.. Tymczasem żegnam się z Wami tym przemiłym akcentem i życzę powodzenia w stawianiu czoła progom (w jakiej piosence to było?) i przede wszystkim SMACZNEGO. :)

Tulę, Klaudia.

8 sierpnia 2018

Wsi z siebie nie wyrzucę

Dzień dobry Kochani! 
Jak się macie? Odpoczywacie na piaszczystej, lazurowej plaży w Mielnie? A może opalacie się na słonecznej solario-Majorce? Oczywiście żartuję. Kończąc szkołę, decydując się na pracę („chcę sama zarabiać”, „chcę nauczyć się życia”) liczyłam się z tym, że już nigdy więcej nie będę miała wakacji - ale przechodząc do meritum.. W dzisiejszym poście poznacie moją wewnętrzną wieś. Moje ukochane miejsce. Moja oaza spokoju. Azyl. Cząstka świata, w której czuję się bezpiecznie, gdzie pragnę się zestarzeć i miejsce, którego pragnę dla swojej rodziny i moich (kiedyś..) dzieci. Dlaczego kocham wieś? Czy chciałabym tam zamieszkać? Dlaczego uciekam z miasta? Zapraszam dalej.
Wychowałam się na wsi. Od urodzenia na niej żyłam, mieszkałam i funkcjonowałam (da się). Dopiero w 2016, gdy miałam prawie 18 lat za pasem rodzice zadecydowali o przeprowadzce. Byłam bardzo szczęśliwa, wówczas życie na wsi nie usłane było różami, to też niesamowicie ekscytowała mnie myśl o nowym pokoju, możliwości jego urządzenia. Piękna perspektywa, myślałam. Tak faktycznie było, gdy już znormalniałam poznałam wspaniałych ludzi, zaczęłam czuć się w Bobolicach jak pączek w maśle. Coś pięknego. Gdy przeprowadziłam się do Szczecinka, początkowo podobała mi się ta perspektywa, że nie mam tam żadnych znajomych, poza znajomościami w pracy, mogłam w pełni się jej poświecić i życiu codziennemu. Z czasem okrutnie mi to zbrzydło. Zaczęłam gardzić miastem. Zaczęło mi przeszkadzać to, jak wredna jest Pani w Żabce, jak prostaccy mogą być starsi ludzie, „schorowani”, „rozkoszni”, „starsi” ludzie.. Moja prababcia przeżyła 91 lat, kochana babcia Kasia, zawsze uśmiechnięta, sama chodziła na zakupy na miasto, sama chodziła do kościoła, na spotkania z koleżankami (1,5 km Kochani), jeździła sama na cmentarz autobusem do wsi 12 km odległej od Bobolic. Pamiętam ciągle moment, gdy jadłyśmy razem borówki w ogrodzie i rozmawiałyśmy o „chłopach”, „A ten Twój chłop dobry jest dla Ciebie?”. Pamiętam takie rzeczy. Troszeczkę mnie już poznaliście, wiecie, że pod tą twardą skorupą jest lawa, której nic nie wyziębi (tak, znam to), miękka kluska, sentymentalność poziom max, wrażliwość potępiana i wszystko inne co liryczne. Oczywiście znów świruję, ale tak, jestem bardzo sentymentalna. Pamiętam babcię, pamiętam dzieciństwo, pamiętam wszystko co szczęśliwe i nieszczęśliwe także. Najcenniejszym dorobkiem człowieka, nawet takiej Klaudii, są doświadczenia (choć mało, to jednak, halo mam 20 lat), przeżycia, wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie.
W każdym razie.. Nie pamiętam za to, żeby babcia na cokolwiek narzekała. Na cokolwiek - jeśli chodzi o jej stan zdrowia. Pomimo jej wieku. To było piękne. Przeżyła tyle lat, tyle pięknych lat, „porysował czas ramiona”. Miło jest wspominać takie osoby. Ale my o tragiźmie miasta.. Kocham dzieci, kocham zwierzęta, ale gromady dzieciaków pod blokiem, krzyki, przekleństwa, wyzwiska na placu zabaw na blokowisku - to też się do tego przyczyniło. Mieszkanie w blokowisku, na czwartym piętrze, na „moich 26 m2 szczęścia” strasznie mnie zmęczyło. Zaczął mi przeszkadzać wszechobecny w tym mieszkaniu brak miejsca, brak miejsca w kuchni, na jednym blacie ukiś ogórki, ugotuj jedzenie dla psa i zrób kompot. (Dałam radę.) Tym bardziej ładuj wymęczona po pracy, co z tego, że po 8 godzinach (to wystarcza by czuć się jak zmięte, brudne skarpetki).

Pojawiło się marzenie. Pojawiła się myśl. Wymarzyłam sobie by wyremontować mój rodzinny dom, w którym mieszkałam (szczęśliwe) 18 lat. Tchnąć w niego swoją radość życia, skorzystać z dziedzictwa rodzinnego. Mój dziadek osadził się tam w 1983 r. Właśnie mi tu ciocia Jadwiga z mamą Emilką podpowiadają, że otrzymał ten dom w prezencie od swojej babci Stasi (dla mnie pra-prababcia), więc mogę  powiedzieć, że dom ten jest w naszej rodzinie ponad 100 lat, od wielu pokoleń. Czyż to nie piękne? Ja jestem oczarowana. Moja babcia w kredensie ma piękne kryształy, w których trzyma swoją biżuterię. Po cóż budować, kupować dom gdzie indziej? Skoro mój dom stoi pusty, i niezagospodarowany w 100%, choć serce mi pęka z tego powodu, na chwilę obecną nie mam wystarczającej ilości środków, by te życie zacząć tychać. W każdym razie jak ostatnio powiedział mój przyjaciel Kamil - "Jak cudownie jest wydawać pieniądze w głowie." - to coś dokładnie na tej zasadzie. Poszycie dachowe, elewacja, płytki do kuchni, płytki do łazienki.. Mam 20 lat, jestem osobą bardzo trzeźwo myślącą i wiem, że potrzeba czasu, ogromu cierpliwości, jeszcze nieco więcej możliwości niż mam teraz i moja chatka na kurzych łapkach stanie piękna z niebieskimi drzwiami jak malowana. 

Niektórzy mi się dziwią. Uważają, że nie jestem osobą, która nadaje się na wieś. Że powinnam ciągnąć do perspektyw, równać do silniejszych. Ale po co? Czyż nie silnym jest człowiek szczęśliwy? W tym momencie uważam, że nie mam perspektyw, więc.. Wieś jest dla mnie idealna. Oczywiście żartuję. Jestem ok. Na wsi odpoczywam, to taka moja mała, wewnętrzna cząstka spokoju. Choć słońce mi szkodzi - na wsi je kocham. Choć owady przeszkadzają - na wsi ich nie dostrzegam. Odpoczynek psychiczny jaki zapewnia mi cisza wszechobecna na wsi jest wręcz bezcenny. Uwielbiam długie spacery po polach, kocham kwiaty polne, kocham kwiaty ogrodowe. Sama chciałabym mieć własny ogród, może i własny warzywniak. Kto wie.. Albo..  Naoglądałam się Uli Pedantuli i wariuję. Kolejny ważny element tej układanki - tam się wychowałam. Tam się urodziłam. To tam nigdy nie złamałam nogi, ani innej kończyny, ani innej kości i to właśnie tam (jak to na dzieciaki ze wsi przystało) - wypuszczone same sobie na podwórko broiliśmy na sianie, ganialiśmy za krowami. Takie było moje dzieciństwo. Nie tęsknie za tym, bez przesady, mam 20 lat, ale wspominam zawsze z uśmiechem. Szczęśliwe, pełne miłości, mniej zainteresowania ze strony dorosłych - ale szczęśliwe. (Mamo, żartuję.) Uważam, że wiele dał mi też fakt, że mam młodsze rodzeństwo. Zdecydowanie zahartowało mnie to na życie, jestem gotowa stawić czoła trudom.. (Mamo, teraz też żartuję.) Ukształtowało mnie to, potrafię być odpowiedzialna, potrafię poczuć odpowiedzialność za swoje słowa i czyny. Nie zawsze było łatwo. Nie jesteśmy idealni. Kochamy się jednak, i gdzieś tam w głębi ze względu na naszą wzajemną miłość i oddanie mamy do siebie odrobinę cierpliwości. O relacjach z rodziną pisałam w tym poście. 

A wy, co sądzicie o wsi? Czy jednak preferujecie miacho? Gdzie spędziliście dzieciństwo? Podzielcie się tym ze mną koniecznie.


Przesyłam buziaki, i serdeczności. Wierzę, że spędzacie swoje wakacje wyjątkowo. 

Klaudia

16 lipca 2018

Dlaczego wstydzisz się kupować w lumpeksach? Jak? Gdzie? Dlaczego?

Dzień dobry!
Długo mnie nie było, problemy zdrowotne i nadmiar obowiązków z tym związanych i nie tylko z tym, spowodowały, że najzwyczajniej w świecie nie miała czasu by tutaj zajrzeć. A jednak przybywam i niesę kolejny wątek myśli mych. Dziś przychodzę do Was znów ze swego rodzaju problematyką dzisiejszej społeczności. Lumpeksy, szperaki, second-handy, ciucholandy.. Czy inne, jak to kto nazywa. 
Czy uważam, że ludzie wstydzą się kupować w lumpeksach? Mniej niż jeszcze kilka lat temu, natomiast tak. To straszne. Czy zdajecie sobie ile Was mija? Ale do tego przejdziemy.. "Blogerki tak to wszystko rozdmuchały, że nie jest to już wstyd, a trend." Jakoś to się ma do sprawy, nie mniej jednak zauważalnym dla mnie jest fakt, że jednak są takie osoby, które wstydzą się chodzenia do lumpeksów. Są to osoby z natury wstydliwe, które wstydzi wszystko, więc.. (Sama taka byłam, la, la, la..) "Zauważy mnie kolega ze szkoły, zauważy mnie potencjalna dama mego serca, o której wdzięki się staram, koleżanka z pracy.." Kogo to interesuje? Jeśli faktycznie ktoś mógłby uznać Cię za osobę gorszą, bo ubierasz się w lumpeksie - to z nim jest problem. Od kiedy, próba sprawnego i rozsądnego zagospodarowania swoim budżetem jest zła? No proszę Was, Laski. Buractwa dziś nie brakuje, zdaję sobie również sprawę z sytuacji na szkolnych korytarzach, mam kontakt z tym środowiskiem na codzień i wiem, że wśród tego towarzystwa im droższe matkie kupiła - tym lepsze, im popularniejsza marka - tym lepsza. Dlatego.. Posłuchaj Klaudii. 
Kupowanie w lumpeksach nie napawa mnie żadnym wstydem, a wręcz przeciwnie, dziś, wśród mojego towarzystwa, podczas rozmów z przyjaciółmi, usłyszysz: "SERIO? DAŁAŚ ZA TO ZŁOTÓWKĘ". Dojrzałam do wielu rzeczy. Kwestia tego jest bardzo ważna, to napewno. Niemniej jednak wszystko zależy od tego jaką jesteś osobą. Im większą wagę przywiązujesz do wartości swojego ubioru - zwłaszcza gdy nie masz za bardzo za co kupywać ten ubiór (nie mówię tego złośliwie, sama byłam w takiej sytuacji i w sumie.. nadal jestem, więc.. :)) - zatracasz się w tym i TY WIDZISZ LUMPEKS NA SOBIE, NIE INNI. A jeśli Ty widzisz na sobie lumpeks, i Ty czujesz się ze sobą źle - środowisko odbiera Cię negatywnie, unika Cię, kto chce spędzać czas z dziewczyną, która wstydzi się wszystkiego, unika spojrzeń, i sama właściwie nie jest wydukać z siebie ani słowa? Nikt. Nieważne jak wartościowym człowiekiem będziesz wewnątrz, jeśli nie zaakceptujesz swojego "zewnętrza" - nikt tego nie zaakceptuje. 
Niesamowitą radością napawa mnie fakt, że mogę mieć coś totalnie odjechanego, różowy sweter, musztardowy sweter, piżamę w banany w cenie o granicach - 1-5 zł. No kto by się nie skusił? Jestem osobą pozytywną, uwielbiam jaskrawe kolory, a właściwie uwielbiam wszystkie kolory, choć jestem blada jak.. mąka, jakoś daję radę, ale staram się ubierać kolorowo i odciągać od swojej bladzizny uwagę. Dobrą opcją jest też wybieranie lumpeksów jeśli chodzi o zakup t-shirtów, ja zazwyczaj noszę zwykłe białe. Lumpeks - 1 zł, H&M - 29,90 zł. Jest różnica? Jest różnica. U mnie, jeśli chodzi o wydatki na samą siebie - jestem niesamowitym dusigrochem, wolę przeznaczyć te pieniądze na przysmaki dla psa, serek wiejski dla Dariana, albo zalanie astry do 1/4 baku niż zakup kolejnej szmatki rzędu białej koszulki z H&M za 30 zł, skoro mogę ją mieć za 1 zł z lumpeksu. Różne wartości w żywotach ludzkich bywają. Podczas moich ostatnich żniw zostawiłam w lumpeksie 17,30 zł, co do grosza i jestem bogatsza o kilka różowych swetrów, biały sweter, dwa białe t-shirty, piżamę w banany i opaskę dla mojej młodszej kuzynki. Można? Uwielbiam.

Nigdy nie byłam osobą, która była zbytnio brzydliwa. Nie brzydzi mnie gdy jem i ktoś mówi o nieprzyjemnych rzeczach. Niektórzy mogą stwierdzić, że kupywanie ubrań de facto używanych, jest niehigieniczne, obrzydliwe i w ogóle fu i ble. Dlaczego? Pierzemy je, nowe ubrania ze sklepu też pierzecie, a przynajmniej niektórzy.

Zawsze ceniłam w sobie dystans do samej siebie, tak też traktuję zakupy w lumpeksie. Potrafię cieszyć się z sukni za złotówkę, doceniam spodnie za 2 zł. Kwestia nastawienie i zdrowego rozsądku.

Najczęściej chodzę do lumpeksu przy ul. Armii Krajowej w Szczecinku, do niego mam po prostu najbliżej i jest bardzo tani. Zazwyczaj chodzę we wtorki, gdy za sztukę płacę 2 zł.

A wy co sądzicie o zakupach w lumpeksach? Lubicie? Chodzicie? Jak odbieracie osoby kupujące ubrania w ciucholandach?

Buziaki ślę i ściskam dziś, 
Klaudia

24 czerwca 2018

4 absorbujące uwagę miejsca w Szczecinku, które napewno znasz

Dzień dobry, Kochani!
Dzisiejszy post będzie nieco nietypowy, nie było czegoś takiego jeszcze tutaj, w każdym razie jakoże jestem niemalże oczarowana i na maxa zaabsorbowana klimatem tych miejsc (jak na Szczecinek - ukłony, oklaski) - wspomnę o nich. Kto wie? Może i Wy lubicie i często odwiedzacie te miejsca. Od kilku miesięcy mieszkam w Szczecinku. Miasto fajne, ludzie fajni, wszystko fajnie.. A jednak. Męczy mnie ta mieścina pełna ludzi chcących "więcej", czegoś na miarę Stanów Zjednoczonych Ameryki, momentami nawet aż za dużo. Mimo to, jest kilka miejsc, które często z Darianem (to ten słynny "Mój" z każdego wpisu) odwiedzamy i bardzo lubimy.

1. Barattolo Bistrot (ul. Szkolna 8)
Zdecydowanie "numer jeden" na tej liście. Jeśli znasz to miejsce - wiesz, że jest wyjątkowe. Bywamy tam stosunkowo często, choćby i dlatego, że pracuje tam nasz przyjaciel Michał. Niesamowicie klimatyczne miejsce, knajpka znajduje się w miejscu dawnej bramy. Niesamowicie pomysłowa aranżacja sprawia, że zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, miejsce to przypomina jakże fascynującą i uwielbianą przeze mnie ItalięSzczególnie moje serce skradła zupa, wg. Michała "groszkowa", jednakże za każdym razem jest w niej coś innego - i jest prze-cu-dna! O kawach już nie wspominając (zwłaszcza karmelowe latte). Darian za to jest oczarowany zapiekanymi plackami, z szynką parmeńską, mozarelką, pomidorkiem, sałatą itd. Zawsze powtarzam "jak na Szczecinek.." - cudowne miejsce. Nie wiem co też to miasto ma takiego w sobie, ale.. To zdecydowanie nie moje miejsce. Dobrze, że chociaż dzięki takim miejscom - czuję się tutaj nieco lepiej. Przejdźmy dalej..
Niesamowity design (wiem, że się powtarzam), genialny pomysł ze ścianą w farbie tablicowej, gdzie goście mogą zostawić np. swoją opinię o lokalu, czy też dodać coś od siebie. 
Ściana ta jakby nie jest wykończona, niebieskie, szare i kremowe akcenty, które cudnie ze sobą współgrają, efektują lekkością i "dosmaczone" są przeróżnymi dodatkami. Lustra o fantazyjnym, niespotykanym tutaj kształcie, popularne czasopisma, telefony, przeróżne obrazy, fotografie.
Jest i moje karmelowe latte.
Kto by pomyślał, że kolorowewe, sztywne, wydrukowane kartki w połączeniu z kawałkiem deski i klipsem biurowym mogą stanowić tak wspaniałe połączenia i być menu? Mózg rozjechany.



Niezwykle bogata oferta tego lokalu naprawdę zaskakuje, idealne miejsce na śniadania, pogawędkę z przyjaciółką przy pysznej kawie i deserze. Wczoraj mieliśmy okazję spróbować przepysznego sernika z mango.



2. Piętrowy pomost koło zamku w Szczecinku
Kolejne klimatyczne miejsce. Jak z resztą zauważyliście każde z nich to "coś" w sobie ma. Za dnia nie robi takiego wrażenia jak gdy na zewnątrz zmierzcha. Ślicznie oświetlone lampkami przypomina mi altanę ze "Zmierzchu" - dobra, przesadziłam, ale jest równie urocze. Pomost jest piętrowy, co daje możliwość zachowania intymności, każdy znajdzie na nim swój kąt, swoje miejsce. Zamontowane są leżaki, stoliki z krzesłami, idealnie na wieczorne spotkania z przyjaciółmi, czy też randki (no co kto woli). 


3. Ulica Bohaterów Stalingradu
W tym miejscu znów wraca Italia, ja nie wiem co mi w tej bańce siedzi, ale te balkony, te kamienice.. No wypisz, wymaluj.. Piękna ulica, porośnięta kwiatami. Zdobiona kolorowymi elewacjami tychże kamienic. Pięknym akcentem na niektórych budynkach są także ukazane lata budowy. Rozczula mnie to niesamowicie. Te budynki przetrwały tyle lat, nosząc w sobie historie rodzin, ludzi w nich mieszkających. Piękne! Dodatkowo.. Te okwiecone zejście do piwnicy - no musiałam przy tych kwiatach mieć zdjęcie (mam 20 lat, lubię kwiaty w ogrodach, marzę o ogrodzie, dobra, nadszedł ten moment - powoli zbliżam się ku starzeniu się - mentalnym, rzecz jasna). Jestem oczarowana.





Ten budynek podoba mi się najbardziej. Zapierająca dech w piersiach elewacja, przecudny balkon (Italia jak nic). 



4. Mostek z kłódkami niedaleko zamku (od ul. Mickiewicza)
Tego w Szczecinku się nie spodziewałam - totalnie. Most, do którego barierek przytwierdzane przez zakochanych, czy też przyjaciół kłódki z ich inicjałami. Dacie wiarę? Jakbym nie widziała, bym nie uwierzyła. Dla niektórych może się to wydawać nawet tandetne, w każdym razie - wow. Mnóstwo jest takich miejsc w Polsce, czy też Europie, nie zmienia to jednak faktu, że stanowi to piękny gest. Kto wie? Może znajdzie to na tyle przychylność mieszkańców, że zrodzi się z tego jakaś tradycja? Jak to zaśpiewała pewna niesamowicie zdolna artystka Julita Zielińska - "Machina wyobraźni ruszyła", ale tak właśnie jest, tego właśnie temu miastu życzę.



Wierzę, że post był interesujący. Chcę otworzyć Wam oczy. Zwalczyć znieczulicę, może i też, na rzeczy Was otaczające. Budujcie poczucie własnej wartości. Wyrażajcie swoje opinie, dzięki temu wzbogacacie swoją mentalność. Nie mam wiedzy historycznej, wcale nie mam wiedzy, mogę jednak być na swój sposób "mądra emocjonalnie" - jakkolwiek to brzmi i jest odbierane. 

A może Wy znacie jakieś ciekawe miejsca, o których ja nie wiem (co bardzo możliwe), które "absorbują uwagę"? Dajcie mi koniecznie znać, chętnie odwiedzę (albo i nie). Może wzbogacę swój blog o ciekawe miejsca w innych miasteczkach (bo szczególnie w takich miejscowościach się lubuję). Kto wie?

Przesyłam serdeczności,
Klaudia :)

11 czerwca 2018

Pozytywne nastawienie owocuje komfortem myśli


...czy jakoś tak.

Dzień dobry!
Dziś nie będę komplementować (pięknej zresztą pogody), a podzielę się z Wami sposobami na możność uciechy (czy pociechy także) z prostych rzeczy. Tak jak wspominałam w (prze, prze, prze) poprzednim poście (tutaj) byłam smutas, gbur i ham i prostak też. Wzrost wiary w siebie zapoczątkował w mojej główce te "różowe kulary", co owocuje dziś niesamowitym komfortem psychicznym - co szczególnie w swoim życiu cenię.

Porażki. Jak i każdy z Was i ja je miewam, przeżywam i (chyba taka już jestem) toleruję. Każdy swój błąd staram się analizować, wyciągam wnioski i co sił w główce staram się, by tego nie powielić. Jestem z tych, którzy muszą sami się poznać zanim wyciągną wnioski, czy też zrozumieją pewne kwestie. Zawsze jest wyjście, słuchajcie, zawsze. Zawsze można coś poradzić, coś zrobić, żeby naprawić swoje "przewinienie". Tutaj taka ciekawa historia, z koleżanką z pracy mamy  taką, naszą, trzecią niezwykle omylną koleżankę, co się tylko sknoci - "To chyba koleżanka dzwoniła..", "Tak, wiem, koleżanka się pewnie pomyliła.". Oj biedna jest ta nasza koleżanka z Nami. W każdym razie - żadnej koleżanki nie ma - to nasz wytwór, którego pacjenci nienawidzą. Za to jaki skuteczny.. My, zachowując swój profesjonalizm, proponujemy inne - "lepsze" - rozwiązanie, czym naprawiamy błąd "koleżanki". Wszystko w dobrej wierze.

Uniesienia, powodzenia. Gdy wydarzy się coś dobrego, wreszcie zyskuję uwielbiany przeze mnie komfort psychiczny, w związku się układa - oj skrzydełka wyrastają, chce się dbać o dom, o wszystko dbać by Mojemu było (jeszcze) lepiej, szef pochwali - aż chce się pracować, by osiągać jeszcze lepsze wyniki, spotkanie z przyjaciółmi po długim czasie - chce się żyć, niekończące się rozmowy. Tak to działa. Celebrujcie to, co sprawia Wam najwięcej radości. Nie zawsze będzie różowo (choć i tego Wam naturalnie życzę).

Przyjaźnie. O me nieszczęście.. Rozrzuceni jesteśmy po kraju niczym.. Coś co (po prostu) rozrzucone być musi. Ja w Szczecinku, jeden w Poznaniu, drugi w Krakowie, trzeci w Darłowie.. Jeszcze inny poza granicami kraju. Oczywiście są także Ci cudowni, którzy mieszkają blisko - choć taki rzeczy stan i tak czasu brak by się spotkać (nad czym ubolewam niesamowicie), choć gdy tylko mogę, możemy - robimy to. Uwielbiam swoich przyjaciół. Cenię ich przede wszystkim za otwartość umysłu, piękno wyrozumiałości i umiejętność utrzymania więzi na odległość (banał, ale jakże istotny). Nie kontaktujemy się ze sobą na codzień, ciężko w to uwierzyć, są internety i inne bajery, ale pracując, zajmując się domem, trzymiesięcznym (prawie cztero-) Janem, spędzając czas z Moim, czasem ciężko wygospodarować czas na rozmowę przez telefon lub wiadomości na Facebooku. Mimo to, wiemy, jak ważni dla siebie jesteśmy, że zawsze możemy na siebie liczyć i cokolwiek by się nie działo zawsze tak będzie.

Rodzina. O rodzinie pisałam już tutaj, nie wiem cóż więcej mogłabym dodać. Cenię, uwielbiam, szanuję. Celebrujemy wspólnie spędzany czas, bo także mamy go mało. To co wyznaję - zawsze może przyjść ten moment, że będzie za późno na zadbanie o relacje między rodzeństwem, rodzicami.. Dlatego dbajmy dla samych siebie i nie "gdy trzeba". Szanujmy i kochajmy wszystkich, nie tylko tych, którzy robią dla Nas to czego oczekujemy - piękna mądrość Maji Sablewskiej, z któregoś jej programu. No, no.. Przechodząc do meritum.. 

Praca. W pracy musi być porządek. Każda czynność, każda moja dbałość o szczegóły, napawa mnie ogromną energią i chcę więcej. Różne są dni, różne bywają humory, ale mimo to czuję, że nawet na "recepszyn" pnę się wyżej i coraz więcej się uczę. Sama na to zapracowałam, tak samo jak i moi wspólpracownicy. Bywają sytuacje stresujące i to bardzo. Natłok obowiązków, za dużo obowiązków.. Dajemy radę. Myślę, że ludzie inteligentni bez problemu radzą sobie w takich sytuacjach. Spokój -> działanie -> satysfakcja.

Dom. Choć choć 26 metrów kwadratowych, to jednak szczęścia. Lubimy spędzać w nim czas, nawet leżąc, gdy niezależnie od siebie każdy z nosów jest w innej książce - to nasze. Radość sprawia nam ugotowanie dla drugiego, posprzątanie dla drugiego, by przyjemniej wchodziło mu się do domu. Po prostu.. Chyba takie już z Nas "cieniasy".

Miłość. Temat ciężki, ale jakże nurtujący. Ciągle badamy siebie, choć jesteśmy przystosowani do życia w swoim towarzystwie, wspólnego życia, bardzo dużo jeszcze przed nami, wierzę, że samego dobrego (oj, ja głupiutka).

Rzeczy wokół. Większość rzeczy, które mamy w mieszkaniu są "wynajęte". Aby nadać mieszkaniu charakteru, naszego charakteru, mamy wspólne zdjęcia (co bardzo lubię), osobiste przedmioty, kwiaty od mamy Emilki, szary czajnik od teściowej Beaty. Rzeczy te napawają, słuchajcie. Po tym widać, że to Nasze. Napawają pozytywną energią. Nasze książki, czasopisma. Magnesy z miejsc, w których razem byliśmy (co z tego, że dopiero są to magnesy z Ustronia i Ustki - ten już stłuczony przez Dariana, to jest nieważne). Pogryzione przez Jana ("wynajęte" drzwi). Lubimy to. To nas otacza. I choć chcemy już więcej, chcemy prawdziwego domu, na prawdziwej, własnej działce - ciężko będzie zatracić ten klimat "pierwszego mieszkania".

Myślę, że to wszystko, Kochani. Opisując te rzeczy, przedstawiam Wam siebie, to jaka jestem naprawdę. Ci, którzy mnie znają - wiedzą. Pozytywne nastawienie -> pozytywne myśli -> komfort myślenia, nawet w sytuacjach kryzysowych. To w sobie cenię. Darian czasem twierdzi, że "chciałbym być taki jak Ty, mieć wszystko w d*pie" (to nie to w żadnym wypadku, uczy się jeszcze ;)), spokój, wyrozumiałość. Tym "przemiłym" akcentem zakończę dzisiejszy wywód.

A jak jest z Wami? Jak wy radzicie sobie w sytuacjach kryzysowych? Ze stresem? Co sprawia, że zachowujecie komfort myśli?

Buziaki przesyłam,
Klaudia.

3 czerwca 2018

"Taki młody chłopak i Marian?"

Dzień dobry! 
Pogoda rozpieszcza aż nazbyt, korzystając z chwili wolnego wybraliśmy się nad jezioro, na relaks”. Nie wiem czy Wy też tak macie, w każdym razie, gdy są takie upały czuję się fatalnie, okrutna migrena, wiotkie nogi, wszystko wiotkie. Zero chęci do czegokolwiek. By choć odrobinę pocelebrować ten czas, Miłość ma wyciągnęła z garażu Mustanga i pojechali my. 

Dzisiejszy post nie będzie jednak ani o Mustangu (bo nie mam na ten temat zielonego pojęcia, jest piękny, czerwony i jeździ i nie jest to żaden brak szacunku z mojej strony, ja naprawdę się nie znam) ani o jeziorze, ani innych kwiatkach i stokrotkach. Chcę się podzielić z Wami swoimi przemyśleniami (zdziwieni?) na temat relacji w związku, na temat kłótni, "sztuki" kompromisów. Jest to powszechnie znany temat, może i nawet nudny. W każdym razie będąc w związku, w którym wreszcie czuje się spełniona (pomimo wszelkich ekscesów jakie przeżyliśmy i pewnie jeszcze przeżyjemy), czuję się pewnie, by troszeczkę Wam o Nas opowiedzieć. I sprzedać patenty na to, jak sobie z mężczyznami radzić (tak, kochamy Was mimo to).
Zakochał się w kelnerce. Obsługując poprawiny czy też wesela, nigdy nie przykuwałam uwagi do gości w TYM sensie. Bardziej zależało mi na tym, żeby niczego nie brakowało na stole, który obsługiwałem niż to kto przy nim siedzi. Darian był na weselu kuzyna. To były już właściwie poprawiny. Obsługiwałam jego stolik. Podając obiad, przystawki itd. nawet nie zwróciłam uwagi na Niego. Nie było mi to w głowie akurat wtedy. Gdy podszedł do baru po piwo ze szwagrem. Wydał mi się bardzo nieśmiały, właściwie nic nie mówił. Przedstawiłam się, zapoznałam z nimi. Nie dosłyszałam jego imienia, usłyszałam „Marian”. Coś mi nie pasowało. „Taki młody chłopak i Marian?” - pomyślałam. 
Zwracałam się więc bezoosobowo. Impreza trwa dalej.. Gdy alkohol wbił już w krew, poprosił mnie do tańca raz. Potem drugi raz. Poprosił o numer. Wahałam się, wiedziałam, że jestem w pracy i takie rzeczy są negatywnie odbierane, nawet przez innych pracowników. Nie przyznałam sie więc na początku, nawet mojej bliskiej przyjaciółce, która pracowała tego dnia ze mną. Coś mnie tknęło i podałam ten numer. To też jest śmieszna historia. By nie przykuwać uwagi (byliśmy na środku parkietu), tańczyliśmy dalej.. Co obrót podczas tańca podawałam mu jedną cyfrę. Rozumiecie to? Każdy inny koleś jakby usłyszał taki pomysł. Dałby sobie spokój. Nie oszukujmy się, jestem specyficzną osobą, nie jeden (no dobra może dwóch) poległo w tej bitwie. On jednak walczył dalej. Poprosił o kolejny taniec. „Żono moja” - no pięknie. Ta w fartuchu, ten ledwo co stoi na nogach - a inni - „Oooo, będzie kolejne wesele”. Tym przemiłym akcentem zakończę opowieść o tym jak się poznaliśmy. Przemiłe wspomnienie.
No to związek. Dziś jesteśmy ze sobą 10 miesięcy. Wiele się zmieniło przez ten czas. Nabraliśmy dystansu do pewnych rzeczy (a przynajmniej ja nabrałam), przyzwyczailiśmy się do siebie (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), cieszymy się wspólnie spędzanym czasem, dbamy o to by każdą wolną chwilę spędzać razem, celebrujemy to w każdy możliwy sposób, czasem leżakowaniem przed telewizorem z browarem, a czasem romantyczną kolacją. No różnie bywa. Pracuję z ludźmi, lubię ich analizować. Mój mężczyzna (i zakładam, „jak każdy z nich”) jest specyficzny. Człowiek bardzo inteligentny, niemalże rekin biznesu - natomiast tylko gdy chce. Bywają momenty, że waliza dziwnym trafem sama pakuje się z powrotem do mamy. Po kilku „k(Ł)ótniach” - biorę to już delikatnie na inteligencję. Każdy z nas ma prawo do błędu, każdy z nas ma prawo mieć gorszy dzień, czy też najzwyczajniej się nie wyspać.. Ale hola, hola, basta - to nie jest powód by psychicznie wykańczać tę (wówczas) „biedną drugą połówkę”. I teraz nawołuję do wszystkich, zarówno do Pań i Panów. Stop, niewolno. Człowieku, czepiając się ukochanej osoby bez powodu niszczysz zbudowaną między Wami relacje. Dumę, obrazy (te na cały świat) schowaj w kieszeń. Ja osobiście uważam Mojego za „psychopatę” w takich momentach. Autentycznie. Ilość momentów, podczas, których zdążyłam go znienawidzić podczas naszych wspólnych 10 miesięcy - niezliczona. Ja sama doskonale zdaję sobie sprawę z tego jaka jestem. Uważam, że każdy inteligentny człowiek powinien mieć tego świadomość. Skądś ta inteligentna wynikać musi. Podczas naszych „k(Ł)ótni” jest kilka standardowych etapów. Nasze sprzeczki są niczym rozprawy sądowe. Każda kłótnia zaczyna się od „postawienia zarzutu” przez stronę oskarżającą (zazwyczaj to oczywiście totalna głupota i wymysł, typu „nigdy nie wychodzisz z psem, tylko ja zmywam naczynia”). Potem następuje moment, gdy każda ze stron przestawia swoje racje na ten temat. W naszym przypadku to strona oskarżająca w pewnym momencie pojmuje, że jest na przegranej pozycji - rozpoczyna się wówczas „obracanie kota ogonem”, wyciąganie brudów, że tak powiem „sprzed lat” (a jako że lat za sobą nie mamy - sprostuję - sprzed kilku tygodni), o których strona oskarżona - możliwe - że już nawet nie pamięta. Ewentualnym uwieńczeniem kłótni jest prośba by „obrażony” (nieważne czy poległy czy też nie) uśmiechnął się do drugiego lub/i przytulił. Darian upomniał, bym nie stawiała jego po stronie oskarżającej. Słuchajcie, ma rację. Nie tylko on wywołuje sprzeczki, czy też zaczyna je, każdy ma swoje za uszami.
Z mojej strony zaczyna się to gdy mam gorszy dzień w pracy, wtedy zauważcie wyładowujemy swoją frustracje na osobach najbliższych, na tych, które znamy i na których (myślimy, że) możemy się wyżyć. Jestem jedną z tych, która uważa, że każdy ma wpływ na własne zachowanie (nawet gdy miota nami złość)  i każdy musi wziąć za to odpowiedzialność. I zdaje sobie z tego sprawę, dlatego gdy uświadomię sobie co zrobiłam - przepraszam za to (to też dla mojej dziwnej główki normalne u naturalne). Sama sobie zaprzeczam, wiem. 

Nie lubię siebie za to, gdy źle postępuję. Zawsze gnębią mnie wyrzuty sumienia i sądzę, że to należyte i wystarczające.

Dlatego Kochani, hamujemy bajerkę. Za każdym razem przemyślmy co mówimy, nie zarzucajmy innym tego czego nie jesteśmy pewni, o czym tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia. Moja przyjaciółka ostatnio gdy zapytałam ją o opinie na temat tego o czym piszę skwitowała mnie „Pojawiła się laska, która pisze o rzeczach oczywistych.” - ma rację. Natomiast nie dla każdego to jest oczywiste, prawda? Tak jak wielokrotnie napisałam w tym poście inteligencją człowieka jest zdać sobie w odpowiednim momencie z pewnych rzeczy sprawę. Czasem warto odpuścić, przyjąć sytuację na spokojnie. Nie lubię agresji, gardzę złością, stąd moje zamiłowanie do spokoju, komfortu myśli i równowagi psychicznej. Pracuję nad tym.

Jak jest u Was? Z czego wynikają kłótnie? Jak sobie z nimi radzicie? Szanujecie komfort myśli? Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami.

Dzisiaj ściskam,
Klaudia

27 maja 2018

Dbam o relacje z rodziną

Dzień dobry!
Dzień Mamy już za nami. Pamiętaliście o tym dniu? Ja zawsze! Każde rodzinne święto (u mnie w domu do takich ono należy) wraz z rodziną celebrujemy jak tylko możemy i kiedy tylko możemy. 

Rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Rodzice są dla mnie bardzo ważni. Darzę ich ogromnym szacunkiem m.in. za to, że włożyli ogrom trudu w moje wychowanie, a przede wszystkim za to, że zawsze robili i robią wszystko, żebyśmy ja z moim bratem - to „wszystko” mieli. O miłości nie wspominając. 

W lutym tego roku wyprowadziłam się z Panem mego serca z rodzinnego domu. „Dorosłe” życie. Zawsze byłam na swój własny, dziwny sposób niezależna. Wyprowadzając się z domu czułam się niczym pączek w maśle. Było to nieco dziwne. Wyprowadziliśmy się właściwie z dnia na dzień. Po kilku monotonnych tygodniach poszukiwania, wreszcie znaleźliśmy mieszkanie mniej więcej takie, jakie chcieliśmy - skontaktowaliśmy się z właścicielami - cyk (jest i onomatopeja, yeah) - jedziemy oglądać - podpisujemy umowę - i tata, brat, przyjaciel brata i Mój wnoszą szafę na „czwarte piętro szczęścia”. Choć zawsze chodziłam własnymi ścieżkami, serce mi pękało na myśl, że rodzicom jest ciężko z powodu mojej wyprowadzki (niesamowite, opisując to wszystko, przeżywam to na nowo). Martwili się, to oczywiste. Czy sobie poradzimy, czy ja poradzę sobie z finansami, czy będziemy się dogadywać.. Oj, ilość uczuć jakie matka jest w stanie odczuwać na sekundę.. No niestety my nie-matki tego jeszcze nie zrozumiemy. Tak to już jest.
Mama. Z mamą zawsze dobrze się dogadywałam (zawsze, tzn. odkąd skończyłam 17 lat, już wtedy obudził się we mnie instynkt myśliciela). Solidarność jajników. Czasem była aż ponad-przewrażliwiona jeśli chodziło np. o moje wyjścia czy wyjazdy. Jestem najstarsza z rodzeństwa, ktoś musiał przeżyć to piętno. Już teraz jesteśmy do siebie bardzo podobne. Niemalże miłosierne, pozytywne, otwarte na ludzi, uśmiechnięte pomimo trosk.. Jestem tak zauroczona osobą mojej mamy, uważam ją za najpiękniejszą kobietę na świecie. Jest świetna! Mama oddałaby za Nas wszystko. Taka już po prostu jest.

Tata. Z tatą zawsze było gorzej. Wszyscy mówią, że mamy podobne charaktery, dlatego nie potrafiliśmy się dogadać. Oj śmiem wątpić (że tak wtrącę). Tata zawsze był bardziej stanowczy, a przynajmniej teoretycznie. (Były sytuacje kiedy szybciej dało się go urobić niż mamę.) Pod tą maską krył się bardzo wrażliwy człowiek. Ogromnie go szanuję! Jak na faceta przystało - często męczący, natomiast ten człowiek zawsze pracował niemalże na dwa etaty, żebyśmy mieli wszystko, za to mam zaszczyt go kochać. Za to mam zaszczyt być być jego córką. Niesamowity charakter, siła.

Brat, młodszy brat, mój malutki, młodszy braciszek, rzadko kiedy łączyła nas nić porozumienia. Choć dzielą nas dwa lata różnicy, przez ostatnie trzy lata wyczuwalna była ogromna przepaść poglądów. Prawie nie rozmawialiśmy ze sobą, słuchajcie. Ogólnie, mieszkaliśmy ze sobą i tylko tyle nas łączyło, mijaliśmy się pomiędzy pokojami. Jak jest teraz? Teraz mój malutki braciszek chyli się ku normalności. Uważam, że mamy dobrą relację.
Czego nie dodałam jeszcze o swojej rodzinie - cudowne oddanie. Zawsze, ale to zawsze - możemy na siebie liczyć. Zawsze znajdziemy w sobie nawzajem oparcie. Czyż to nie piękne? 

Odkąd się wyprowadziłam, z tatą i bratem odbudowaliśmy genialną relację. Pewnie dlatego, że nie mamy siebie za dużo, nie mamy siebie na codzień. Doceniamy wspólne  spotkania, rozmowy. Kontaktujemy się ze sobą. Odległość nie jest duża, to zaledwie 30 km, ale nawet mimo to.. 

Do czego dziś dążę? To nauczyło mnie, jak bardzo rodzina jest ważna i jak dobrze czujemy się nawzajem w swoim towarzystwie, a przede wszystkim jak bardzo mi ich brakuje. Będąc z nimi na codzień nie doceniałam tego. Tata wkurzał, brat wkurzał. 

Zdaję sobie sprawę, że w domach bywa ciężko jeśli chodzi o relację. Różnice poglądów, obraza jednej ze stron, bo druga osoba postępuje według pierwszej - niewłaściwie (to zagmatwane, wiecie o co chodzi). Jest mnóstwo innych sytuacji, które pewnie i Wy znacie i namiętnie praktykujecie - i to zupełnie normalne. Zdrowym jest jednak zdać sobie z tego sprawę w odpowiednim momencie. 

Uściski,
Klaudia

25 maja 2018

Kwiatki i stokrotki

Dzień dobry!
W Szczecinku dziś piękna pogoda, chcąc wylać to co na serduchu siedzi - piszę.
"To Twój blog." - usłyszałam od mojego Pana - "Możesz nawet wymyślać słowa." Czyż nie piękne?

Wielokrotnie przechodząc ulicą (choć rzadko się przechadzam), widzę (nieliczne, a jednak) kobiety smutne, kobiety zaniedbane, "kobiety cienie". Dlaczego to widzę? Dlaczego skupiam się akurat na tej nielicznej grupce? Czemu dostrzegam? Odpowiedź jest banalnie prosta - sama taką byłam, dlatego też potrafię być na tyle wrażliwa, żeby to dostrzec. Choćbym chciała, nie uważam, żebym twórczością internetową dotarła do takich kobiet, ale może chociaż w małym stopniu zwrócę na to Waszą uwagę.

Nie mnie oceniać co jest przyczyną bycia "cieniem" u innych kobiet. Nie wiem co wydarzyło się w życiu kobiety o brudnych włosach związanych w kitkę (sama czasem takie mam, stąd wiem, że są brudne), w za dużych adidasach, i zielonej bluzce z dekoltem (ni to serek ni to serce). Biorąc jednak pod uwagę to jaka byłam ja, jak bardzo nie lubiłam być zauważona, jak na siłę próbowałam niemalże schować się w swój zbyt luźny sweter, jakże okrutnie unikałam wzroku innych ludzi, mogę opowiedzieć Wam o tym od czego się zaczęło u mnie.

Za dzieciaka, zawsze byłam (delikatnie mówiąc dziwna), uwielbiałam być w centrum uwagi, zawsze lubiana przez nauczycieli (czopek tzw.), wraz z grupką przyjaciół angażowaliśmy się we wszystkie szkolne uroczystości - ogólnie fajnie. Problem zawsze polegał na tym, że czułam się gorsza, brzydsza od starszych dziewcząt. Będąc w podstawówce chciałam wyglądać i zachowywać się tak jak dziewczęta z gimnazjum, itd. W mojej grupie rówieśniczej czułam się jak pączek w maśle i tego typu rzeczy, nie chciałam opuszczać tej mydlanej bańki. Okres gimnazjum wspominam najpiękniej, niesamowite zżycie się z przyjaciółmi, których cenię i szanuję po dziś dzień, totalne wyklepanie na naukę - "byleby do liceum", pierwsza miłość.. La, la, la, kwiatki i stokrotki. Potrzeba bycia najpiękniejszą i najlepszą w każdej dziedzinie dla "tego jedynego" sprawiła, że stałam się szklaną kulą, która w pewnym momencie niefortunnie sturlała się z kredensu i rozstrzaskała się (no niemalże onomatopeja, czujecie humanistkę?) w drobny niemalże mak. Z biegiem czasu, coraz bardziej traciłam więź z (uwaga) niektórymi przyjaciółmi, tylko niektórymi, ze względu na ich poglądy, a nawet orientację seksualną. Zatraciłam swoją niezależność, chęć do bywania wśród innych ludzi. Wówczas był to dla mnie normalny przebieg wydarzeń, przecież to oczywiste, że dla "miłości" poświęca się niektóre rzeczy. Właśnie - niektóre. Zamknęłam się w sobie. Dobrze czułam się tylko w domu, tylko wśród rodziny, a najlepiej sama. Doszłam do takiego momentu beznadziei, że jadąc z własną rodziną na święta szukałam w internecie sposobu na popełnienie samobójstwa. Rozumiecie to? Niemalże "TOP 100 HASEŁ WYSZUKIWANYCH W GOOGLE PRZEZ 15-LATKI". Teraz się z tego śmieję, wtedy nie było mi do śmiechu. W tym momencie jestem niemalże przerażona jak głębokie zaburzenia we mnie siedziały. Myślę, że dość drastycznych scen. Był to moment, gdy nosiłam za duże ubrania, szerokie dżinsy, (koszmarne) nike air force 1 długie, białe - ogólnie niektórych rzeczy lepiej nie pamiętać, nie malowałam się i praktycznie wcale o siebie nie dbałam. Hitem w mojej licealnej klasie były moje długie, naturalne paznokcie (tyle z dbania o siebie). Nie  potrzebowałam zwracać na siebie uwagi, nie chciałam tego. Taka trochę chłopczyca ze mnie była.. Dziewczęco ubierałam się tylko w domu, na uroczystości rodzinne.. Okropnie zazdrościłam innym dziewczynom tego, że są piękniejsze, że dbają o siebie. To jest dopiero ironia - nie dba o siebie i zarzuca z pretensją dbanie o siebie innym. Tak, taka byłam. Okrutnie i na potęgę oceniałam inne dziewczyny (w sumie chłopaków też) po wyglądzie. By przypodobać się komuś, gdy już z kimś udało mi się zyskać nić porozumienia, potrafiłam być (według mnie) okrutnie fałszywa, za co cierpię ogromnie. 

Wszystko to co opisałam wyżej najchętniej nazwałabym jakimś skomplikowanym syndromem lub schorzeniem psychiatrycznym (nawet), niestety jeszcze nie mam na ten temat zielonego pojęcia. Nie korzystałam z pomocy psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry. Nie myślałam wtedy o takich rozwiązaniach.

Jak jest dziś? Dziś jest pięknie. Przebłyski normalności zaczęłam mieć w listopadzie 2016 roku, ostatecznie zrozumiałam, że można żyć inaczej w lutym 2017 roku. Pierwsze co - zaczęłam o siebie dbać, zaczęłam się malować, zwracać uwagę na to jak wyglądam, za tym zyskałam więcej pewności siebie -> to pomogło mi otworzyć się na ludzi i uwierzyć w to, że "kurczę, ja naprawdę jestem (w jakiś tam swój dziwny sposób) piękna i dużo potrafię. Zyskałam w swojej ówczesnej klasie przyjaciół, z którymi mam kontakt do dziś (koniec liceum, matura za pasem, a ta zyskuje przyjaźnie). Odzyskałam przyjaźń wartą więcej niż niejeden "tego kwiatu pół światu". Słuchajcie tego, wzięłam się za siebie i zdałam prawo jazdy! To jest hit. Zdałam za pierwszym razem - nie wiem jak, ale się udało. Do dziś mam problem z parkowaniem, ale do przodu i do tyłu jeżdżę, także stabilnie. Poszłam do pracy, gdzie także znalazłam przyjaciół, którzy stoją za mną murem, choć znamy się niedługo ponad rok. Wpływ moich przyjaciół, wpływ mojej rodziny na mnie był wtedy tak ogromny, że szczęście znów zaczęło płynąć w moich żyłach.  W tejże pracy znalazłam prawdziwą miłość swojego życia, dziś wychowujemy trzymiesięcznego szczeniaka, wabi się Jan, tutaj też stabilnie, dajemy radę. Dużego kopniaka dał mi staż w urzędzie miasta, a potem moja teraźniejsza praca - koordynator świadczeń medycznych (w skrócie recepcjonistka, to dłuższe ładniej i bardziej profesjonalnie brzmi). Troszeczkę zmężniałam, nabrałam poczucia obowiązku, uwielbiam kontakt z ludźmi, pracę z nimi. Moja aktualna praca wyczuliła mnie na to jak ważne jest współczucie do drugiego człowieka, a przede wszystkim cierpliwość, odpowiedzialność i opanowanie. Jestem szczęśliwa w tym punkcie, w którym jestem. Nie zważam na porażki, wręcz przeciwnie, uczę się na nich, analizuję co mogę poprawić. Nikt nie jest idealny, ja tym bardziej, ale próbować mogę, prawda?

"Piszę już puentę." - "To nie jest puenta." - powiedział Darian. La, la, la, humanistka. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? To nie jest użalanie się nad sobą, to nie jest, słuchajcie, chęć zwrócenia na siebie uwagi, przedstawiłam Wam siebie, odkleiłam się od swojego aktualnie idealnego świata, by Was uczulić. Planowałam post o tym by nie oceniać innych po wyglądzie, przez pryzmat siebie, ale tutaj też właśnie o to mi chodzi Kochani. Choć ten post to pomieszanie z poplątanym, mam nadzieję, że zrozumieliście wszystko. 

Gdy widzisz nieznajomą "kobietę cień", uśmiechnij się do niej, jeśli ją znasz - podpowiedz, poradź, zaproponuj. To zaowocuje pięknem i przede wszystkim szczęściem "cienia". Uwierzy w siebie, zyska przyjaźnie. Kobieta szczęśliwa, to kobieta, która może wszystko. Wszystko. 

Gdy pisałam swojego poprzedniego, albo prze-poprzedniego bloga, Mama powiedziała mi: "Piszesz tak prosto, jakbyś z kimś rozmawiała, i to mi się podoba.". Gdy przeczytał projekt tego posta, pocałował moją dłoń, i tym pięknym akcentem zakończę dzisiejszy wywód. Adios (czy jakoś tak).

Całuję mocno,
Klaudia.

(Zdjęcia kilka lat temu wykonał Pan Piotr Karpiński, fotograf z moich, pięknych Bobolic.)