11 czerwca 2018

Pozytywne nastawienie owocuje komfortem myśli


...czy jakoś tak.

Dzień dobry!
Dziś nie będę komplementować (pięknej zresztą pogody), a podzielę się z Wami sposobami na możność uciechy (czy pociechy także) z prostych rzeczy. Tak jak wspominałam w (prze, prze, prze) poprzednim poście (tutaj) byłam smutas, gbur i ham i prostak też. Wzrost wiary w siebie zapoczątkował w mojej główce te "różowe kulary", co owocuje dziś niesamowitym komfortem psychicznym - co szczególnie w swoim życiu cenię.

Porażki. Jak i każdy z Was i ja je miewam, przeżywam i (chyba taka już jestem) toleruję. Każdy swój błąd staram się analizować, wyciągam wnioski i co sił w główce staram się, by tego nie powielić. Jestem z tych, którzy muszą sami się poznać zanim wyciągną wnioski, czy też zrozumieją pewne kwestie. Zawsze jest wyjście, słuchajcie, zawsze. Zawsze można coś poradzić, coś zrobić, żeby naprawić swoje "przewinienie". Tutaj taka ciekawa historia, z koleżanką z pracy mamy  taką, naszą, trzecią niezwykle omylną koleżankę, co się tylko sknoci - "To chyba koleżanka dzwoniła..", "Tak, wiem, koleżanka się pewnie pomyliła.". Oj biedna jest ta nasza koleżanka z Nami. W każdym razie - żadnej koleżanki nie ma - to nasz wytwór, którego pacjenci nienawidzą. Za to jaki skuteczny.. My, zachowując swój profesjonalizm, proponujemy inne - "lepsze" - rozwiązanie, czym naprawiamy błąd "koleżanki". Wszystko w dobrej wierze.

Uniesienia, powodzenia. Gdy wydarzy się coś dobrego, wreszcie zyskuję uwielbiany przeze mnie komfort psychiczny, w związku się układa - oj skrzydełka wyrastają, chce się dbać o dom, o wszystko dbać by Mojemu było (jeszcze) lepiej, szef pochwali - aż chce się pracować, by osiągać jeszcze lepsze wyniki, spotkanie z przyjaciółmi po długim czasie - chce się żyć, niekończące się rozmowy. Tak to działa. Celebrujcie to, co sprawia Wam najwięcej radości. Nie zawsze będzie różowo (choć i tego Wam naturalnie życzę).

Przyjaźnie. O me nieszczęście.. Rozrzuceni jesteśmy po kraju niczym.. Coś co (po prostu) rozrzucone być musi. Ja w Szczecinku, jeden w Poznaniu, drugi w Krakowie, trzeci w Darłowie.. Jeszcze inny poza granicami kraju. Oczywiście są także Ci cudowni, którzy mieszkają blisko - choć taki rzeczy stan i tak czasu brak by się spotkać (nad czym ubolewam niesamowicie), choć gdy tylko mogę, możemy - robimy to. Uwielbiam swoich przyjaciół. Cenię ich przede wszystkim za otwartość umysłu, piękno wyrozumiałości i umiejętność utrzymania więzi na odległość (banał, ale jakże istotny). Nie kontaktujemy się ze sobą na codzień, ciężko w to uwierzyć, są internety i inne bajery, ale pracując, zajmując się domem, trzymiesięcznym (prawie cztero-) Janem, spędzając czas z Moim, czasem ciężko wygospodarować czas na rozmowę przez telefon lub wiadomości na Facebooku. Mimo to, wiemy, jak ważni dla siebie jesteśmy, że zawsze możemy na siebie liczyć i cokolwiek by się nie działo zawsze tak będzie.

Rodzina. O rodzinie pisałam już tutaj, nie wiem cóż więcej mogłabym dodać. Cenię, uwielbiam, szanuję. Celebrujemy wspólnie spędzany czas, bo także mamy go mało. To co wyznaję - zawsze może przyjść ten moment, że będzie za późno na zadbanie o relacje między rodzeństwem, rodzicami.. Dlatego dbajmy dla samych siebie i nie "gdy trzeba". Szanujmy i kochajmy wszystkich, nie tylko tych, którzy robią dla Nas to czego oczekujemy - piękna mądrość Maji Sablewskiej, z któregoś jej programu. No, no.. Przechodząc do meritum.. 

Praca. W pracy musi być porządek. Każda czynność, każda moja dbałość o szczegóły, napawa mnie ogromną energią i chcę więcej. Różne są dni, różne bywają humory, ale mimo to czuję, że nawet na "recepszyn" pnę się wyżej i coraz więcej się uczę. Sama na to zapracowałam, tak samo jak i moi wspólpracownicy. Bywają sytuacje stresujące i to bardzo. Natłok obowiązków, za dużo obowiązków.. Dajemy radę. Myślę, że ludzie inteligentni bez problemu radzą sobie w takich sytuacjach. Spokój -> działanie -> satysfakcja.

Dom. Choć choć 26 metrów kwadratowych, to jednak szczęścia. Lubimy spędzać w nim czas, nawet leżąc, gdy niezależnie od siebie każdy z nosów jest w innej książce - to nasze. Radość sprawia nam ugotowanie dla drugiego, posprzątanie dla drugiego, by przyjemniej wchodziło mu się do domu. Po prostu.. Chyba takie już z Nas "cieniasy".

Miłość. Temat ciężki, ale jakże nurtujący. Ciągle badamy siebie, choć jesteśmy przystosowani do życia w swoim towarzystwie, wspólnego życia, bardzo dużo jeszcze przed nami, wierzę, że samego dobrego (oj, ja głupiutka).

Rzeczy wokół. Większość rzeczy, które mamy w mieszkaniu są "wynajęte". Aby nadać mieszkaniu charakteru, naszego charakteru, mamy wspólne zdjęcia (co bardzo lubię), osobiste przedmioty, kwiaty od mamy Emilki, szary czajnik od teściowej Beaty. Rzeczy te napawają, słuchajcie. Po tym widać, że to Nasze. Napawają pozytywną energią. Nasze książki, czasopisma. Magnesy z miejsc, w których razem byliśmy (co z tego, że dopiero są to magnesy z Ustronia i Ustki - ten już stłuczony przez Dariana, to jest nieważne). Pogryzione przez Jana ("wynajęte" drzwi). Lubimy to. To nas otacza. I choć chcemy już więcej, chcemy prawdziwego domu, na prawdziwej, własnej działce - ciężko będzie zatracić ten klimat "pierwszego mieszkania".

Myślę, że to wszystko, Kochani. Opisując te rzeczy, przedstawiam Wam siebie, to jaka jestem naprawdę. Ci, którzy mnie znają - wiedzą. Pozytywne nastawienie -> pozytywne myśli -> komfort myślenia, nawet w sytuacjach kryzysowych. To w sobie cenię. Darian czasem twierdzi, że "chciałbym być taki jak Ty, mieć wszystko w d*pie" (to nie to w żadnym wypadku, uczy się jeszcze ;)), spokój, wyrozumiałość. Tym "przemiłym" akcentem zakończę dzisiejszy wywód.

A jak jest z Wami? Jak wy radzicie sobie w sytuacjach kryzysowych? Ze stresem? Co sprawia, że zachowujecie komfort myśli?

Buziaki przesyłam,
Klaudia.

3 czerwca 2018

"Taki młody chłopak i Marian?"

Dzień dobry! 
Pogoda rozpieszcza aż nazbyt, korzystając z chwili wolnego wybraliśmy się nad jezioro, na relaks”. Nie wiem czy Wy też tak macie, w każdym razie, gdy są takie upały czuję się fatalnie, okrutna migrena, wiotkie nogi, wszystko wiotkie. Zero chęci do czegokolwiek. By choć odrobinę pocelebrować ten czas, Miłość ma wyciągnęła z garażu Mustanga i pojechali my. 

Dzisiejszy post nie będzie jednak ani o Mustangu (bo nie mam na ten temat zielonego pojęcia, jest piękny, czerwony i jeździ i nie jest to żaden brak szacunku z mojej strony, ja naprawdę się nie znam) ani o jeziorze, ani innych kwiatkach i stokrotkach. Chcę się podzielić z Wami swoimi przemyśleniami (zdziwieni?) na temat relacji w związku, na temat kłótni, "sztuki" kompromisów. Jest to powszechnie znany temat, może i nawet nudny. W każdym razie będąc w związku, w którym wreszcie czuje się spełniona (pomimo wszelkich ekscesów jakie przeżyliśmy i pewnie jeszcze przeżyjemy), czuję się pewnie, by troszeczkę Wam o Nas opowiedzieć. I sprzedać patenty na to, jak sobie z mężczyznami radzić (tak, kochamy Was mimo to).
Zakochał się w kelnerce. Obsługując poprawiny czy też wesela, nigdy nie przykuwałam uwagi do gości w TYM sensie. Bardziej zależało mi na tym, żeby niczego nie brakowało na stole, który obsługiwałem niż to kto przy nim siedzi. Darian był na weselu kuzyna. To były już właściwie poprawiny. Obsługiwałam jego stolik. Podając obiad, przystawki itd. nawet nie zwróciłam uwagi na Niego. Nie było mi to w głowie akurat wtedy. Gdy podszedł do baru po piwo ze szwagrem. Wydał mi się bardzo nieśmiały, właściwie nic nie mówił. Przedstawiłam się, zapoznałam z nimi. Nie dosłyszałam jego imienia, usłyszałam „Marian”. Coś mi nie pasowało. „Taki młody chłopak i Marian?” - pomyślałam. 
Zwracałam się więc bezoosobowo. Impreza trwa dalej.. Gdy alkohol wbił już w krew, poprosił mnie do tańca raz. Potem drugi raz. Poprosił o numer. Wahałam się, wiedziałam, że jestem w pracy i takie rzeczy są negatywnie odbierane, nawet przez innych pracowników. Nie przyznałam sie więc na początku, nawet mojej bliskiej przyjaciółce, która pracowała tego dnia ze mną. Coś mnie tknęło i podałam ten numer. To też jest śmieszna historia. By nie przykuwać uwagi (byliśmy na środku parkietu), tańczyliśmy dalej.. Co obrót podczas tańca podawałam mu jedną cyfrę. Rozumiecie to? Każdy inny koleś jakby usłyszał taki pomysł. Dałby sobie spokój. Nie oszukujmy się, jestem specyficzną osobą, nie jeden (no dobra może dwóch) poległo w tej bitwie. On jednak walczył dalej. Poprosił o kolejny taniec. „Żono moja” - no pięknie. Ta w fartuchu, ten ledwo co stoi na nogach - a inni - „Oooo, będzie kolejne wesele”. Tym przemiłym akcentem zakończę opowieść o tym jak się poznaliśmy. Przemiłe wspomnienie.
No to związek. Dziś jesteśmy ze sobą 10 miesięcy. Wiele się zmieniło przez ten czas. Nabraliśmy dystansu do pewnych rzeczy (a przynajmniej ja nabrałam), przyzwyczailiśmy się do siebie (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu), cieszymy się wspólnie spędzanym czasem, dbamy o to by każdą wolną chwilę spędzać razem, celebrujemy to w każdy możliwy sposób, czasem leżakowaniem przed telewizorem z browarem, a czasem romantyczną kolacją. No różnie bywa. Pracuję z ludźmi, lubię ich analizować. Mój mężczyzna (i zakładam, „jak każdy z nich”) jest specyficzny. Człowiek bardzo inteligentny, niemalże rekin biznesu - natomiast tylko gdy chce. Bywają momenty, że waliza dziwnym trafem sama pakuje się z powrotem do mamy. Po kilku „k(Ł)ótniach” - biorę to już delikatnie na inteligencję. Każdy z nas ma prawo do błędu, każdy z nas ma prawo mieć gorszy dzień, czy też najzwyczajniej się nie wyspać.. Ale hola, hola, basta - to nie jest powód by psychicznie wykańczać tę (wówczas) „biedną drugą połówkę”. I teraz nawołuję do wszystkich, zarówno do Pań i Panów. Stop, niewolno. Człowieku, czepiając się ukochanej osoby bez powodu niszczysz zbudowaną między Wami relacje. Dumę, obrazy (te na cały świat) schowaj w kieszeń. Ja osobiście uważam Mojego za „psychopatę” w takich momentach. Autentycznie. Ilość momentów, podczas, których zdążyłam go znienawidzić podczas naszych wspólnych 10 miesięcy - niezliczona. Ja sama doskonale zdaję sobie sprawę z tego jaka jestem. Uważam, że każdy inteligentny człowiek powinien mieć tego świadomość. Skądś ta inteligentna wynikać musi. Podczas naszych „k(Ł)ótni” jest kilka standardowych etapów. Nasze sprzeczki są niczym rozprawy sądowe. Każda kłótnia zaczyna się od „postawienia zarzutu” przez stronę oskarżającą (zazwyczaj to oczywiście totalna głupota i wymysł, typu „nigdy nie wychodzisz z psem, tylko ja zmywam naczynia”). Potem następuje moment, gdy każda ze stron przestawia swoje racje na ten temat. W naszym przypadku to strona oskarżająca w pewnym momencie pojmuje, że jest na przegranej pozycji - rozpoczyna się wówczas „obracanie kota ogonem”, wyciąganie brudów, że tak powiem „sprzed lat” (a jako że lat za sobą nie mamy - sprostuję - sprzed kilku tygodni), o których strona oskarżona - możliwe - że już nawet nie pamięta. Ewentualnym uwieńczeniem kłótni jest prośba by „obrażony” (nieważne czy poległy czy też nie) uśmiechnął się do drugiego lub/i przytulił. Darian upomniał, bym nie stawiała jego po stronie oskarżającej. Słuchajcie, ma rację. Nie tylko on wywołuje sprzeczki, czy też zaczyna je, każdy ma swoje za uszami.
Z mojej strony zaczyna się to gdy mam gorszy dzień w pracy, wtedy zauważcie wyładowujemy swoją frustracje na osobach najbliższych, na tych, które znamy i na których (myślimy, że) możemy się wyżyć. Jestem jedną z tych, która uważa, że każdy ma wpływ na własne zachowanie (nawet gdy miota nami złość)  i każdy musi wziąć za to odpowiedzialność. I zdaje sobie z tego sprawę, dlatego gdy uświadomię sobie co zrobiłam - przepraszam za to (to też dla mojej dziwnej główki normalne u naturalne). Sama sobie zaprzeczam, wiem. 

Nie lubię siebie za to, gdy źle postępuję. Zawsze gnębią mnie wyrzuty sumienia i sądzę, że to należyte i wystarczające.

Dlatego Kochani, hamujemy bajerkę. Za każdym razem przemyślmy co mówimy, nie zarzucajmy innym tego czego nie jesteśmy pewni, o czym tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia. Moja przyjaciółka ostatnio gdy zapytałam ją o opinie na temat tego o czym piszę skwitowała mnie „Pojawiła się laska, która pisze o rzeczach oczywistych.” - ma rację. Natomiast nie dla każdego to jest oczywiste, prawda? Tak jak wielokrotnie napisałam w tym poście inteligencją człowieka jest zdać sobie w odpowiednim momencie z pewnych rzeczy sprawę. Czasem warto odpuścić, przyjąć sytuację na spokojnie. Nie lubię agresji, gardzę złością, stąd moje zamiłowanie do spokoju, komfortu myśli i równowagi psychicznej. Pracuję nad tym.

Jak jest u Was? Z czego wynikają kłótnie? Jak sobie z nimi radzicie? Szanujecie komfort myśli? Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami.

Dzisiaj ściskam,
Klaudia

27 maja 2018

Dbam o relacje z rodziną

Dzień dobry!
Dzień Mamy już za nami. Pamiętaliście o tym dniu? Ja zawsze! Każde rodzinne święto (u mnie w domu do takich ono należy) wraz z rodziną celebrujemy jak tylko możemy i kiedy tylko możemy. 

Rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Rodzice są dla mnie bardzo ważni. Darzę ich ogromnym szacunkiem m.in. za to, że włożyli ogrom trudu w moje wychowanie, a przede wszystkim za to, że zawsze robili i robią wszystko, żebyśmy ja z moim bratem - to „wszystko” mieli. O miłości nie wspominając. 

W lutym tego roku wyprowadziłam się z Panem mego serca z rodzinnego domu. „Dorosłe” życie. Zawsze byłam na swój własny, dziwny sposób niezależna. Wyprowadzając się z domu czułam się niczym pączek w maśle. Było to nieco dziwne. Wyprowadziliśmy się właściwie z dnia na dzień. Po kilku monotonnych tygodniach poszukiwania, wreszcie znaleźliśmy mieszkanie mniej więcej takie, jakie chcieliśmy - skontaktowaliśmy się z właścicielami - cyk (jest i onomatopeja, yeah) - jedziemy oglądać - podpisujemy umowę - i tata, brat, przyjaciel brata i Mój wnoszą szafę na „czwarte piętro szczęścia”. Choć zawsze chodziłam własnymi ścieżkami, serce mi pękało na myśl, że rodzicom jest ciężko z powodu mojej wyprowadzki (niesamowite, opisując to wszystko, przeżywam to na nowo). Martwili się, to oczywiste. Czy sobie poradzimy, czy ja poradzę sobie z finansami, czy będziemy się dogadywać.. Oj, ilość uczuć jakie matka jest w stanie odczuwać na sekundę.. No niestety my nie-matki tego jeszcze nie zrozumiemy. Tak to już jest.
Mama. Z mamą zawsze dobrze się dogadywałam (zawsze, tzn. odkąd skończyłam 17 lat, już wtedy obudził się we mnie instynkt myśliciela). Solidarność jajników. Czasem była aż ponad-przewrażliwiona jeśli chodziło np. o moje wyjścia czy wyjazdy. Jestem najstarsza z rodzeństwa, ktoś musiał przeżyć to piętno. Już teraz jesteśmy do siebie bardzo podobne. Niemalże miłosierne, pozytywne, otwarte na ludzi, uśmiechnięte pomimo trosk.. Jestem tak zauroczona osobą mojej mamy, uważam ją za najpiękniejszą kobietę na świecie. Jest świetna! Mama oddałaby za Nas wszystko. Taka już po prostu jest.

Tata. Z tatą zawsze było gorzej. Wszyscy mówią, że mamy podobne charaktery, dlatego nie potrafiliśmy się dogadać. Oj śmiem wątpić (że tak wtrącę). Tata zawsze był bardziej stanowczy, a przynajmniej teoretycznie. (Były sytuacje kiedy szybciej dało się go urobić niż mamę.) Pod tą maską krył się bardzo wrażliwy człowiek. Ogromnie go szanuję! Jak na faceta przystało - często męczący, natomiast ten człowiek zawsze pracował niemalże na dwa etaty, żebyśmy mieli wszystko, za to mam zaszczyt go kochać. Za to mam zaszczyt być być jego córką. Niesamowity charakter, siła.

Brat, młodszy brat, mój malutki, młodszy braciszek, rzadko kiedy łączyła nas nić porozumienia. Choć dzielą nas dwa lata różnicy, przez ostatnie trzy lata wyczuwalna była ogromna przepaść poglądów. Prawie nie rozmawialiśmy ze sobą, słuchajcie. Ogólnie, mieszkaliśmy ze sobą i tylko tyle nas łączyło, mijaliśmy się pomiędzy pokojami. Jak jest teraz? Teraz mój malutki braciszek chyli się ku normalności. Uważam, że mamy dobrą relację.
Czego nie dodałam jeszcze o swojej rodzinie - cudowne oddanie. Zawsze, ale to zawsze - możemy na siebie liczyć. Zawsze znajdziemy w sobie nawzajem oparcie. Czyż to nie piękne? 

Odkąd się wyprowadziłam, z tatą i bratem odbudowaliśmy genialną relację. Pewnie dlatego, że nie mamy siebie za dużo, nie mamy siebie na codzień. Doceniamy wspólne  spotkania, rozmowy. Kontaktujemy się ze sobą. Odległość nie jest duża, to zaledwie 30 km, ale nawet mimo to.. 

Do czego dziś dążę? To nauczyło mnie, jak bardzo rodzina jest ważna i jak dobrze czujemy się nawzajem w swoim towarzystwie, a przede wszystkim jak bardzo mi ich brakuje. Będąc z nimi na codzień nie doceniałam tego. Tata wkurzał, brat wkurzał. 

Zdaję sobie sprawę, że w domach bywa ciężko jeśli chodzi o relację. Różnice poglądów, obraza jednej ze stron, bo druga osoba postępuje według pierwszej - niewłaściwie (to zagmatwane, wiecie o co chodzi). Jest mnóstwo innych sytuacji, które pewnie i Wy znacie i namiętnie praktykujecie - i to zupełnie normalne. Zdrowym jest jednak zdać sobie z tego sprawę w odpowiednim momencie. 

Uściski,
Klaudia

25 maja 2018

Kwiatki i stokrotki


Dzień dobry!
W Szczecinku dziś piękna pogoda, chcąc wylać to co na serduchu siedzi - piszę.
"To Twój blog." - usłyszałam od mojego Pana - "Możesz nawet wymyślać słowa." Czyż nie piękne?

Wielokrotnie przechodząc ulicą (choć rzadko się przechadzam), widzę (nieliczne, a jednak) kobiety smutne, kobiety zaniedbane, "kobiety cienie". Dlaczego to widzę? Dlaczego skupiam się akurat na tej nielicznej grupce? Czemu dostrzegam? Odpowiedź jest banalnie prosta - sama taką byłam, dlatego też potrafię być na tyle wrażliwa, żeby to dostrzec. Choćbym chciała, nie uważam, żebym twórczością internetową dotarła do takich kobiet, ale może chociaż w małym stopniu zwrócę na to Waszą uwagę.

Nie mnie oceniać co jest przyczyną bycia "cieniem" u innych kobiet. Nie wiem co wydarzyło się w życiu kobiety o brudnych włosach związanych w kitkę (sama czasem takie mam, stąd wiem, że są brudne), w za dużych adidasach, i zielonej bluzce z dekoltem (ni to serek ni to serce). Biorąc jednak pod uwagę to jaka byłam ja, jak bardzo nie lubiłam być zauważona, jak na siłę próbowałam niemalże schować się w swój zbyt luźny sweter, jakże okrutnie unikałam wzroku innych ludzi, mogę opowiedzieć Wam o tym od czego się zaczęło u mnie.

Za dzieciaka, zawsze byłam (delikatnie mówiąc dziwna), uwielbiałam być w centrum uwagi, zawsze lubiana przez nauczycieli (czopek tzw.), wraz z grupką przyjaciół angażowaliśmy się we wszystkie szkolne uroczystości - ogólnie fajnie. Problem zawsze polegał na tym, że czułam się gorsza, brzydsza od starszych dziewcząt. Będąc w podstawówce chciałam wyglądać i zachowywać się tak jak dziewczęta z gimnazjum, itd. W mojej grupie rówieśniczej czułam się jak pączek w maśle i tego typu rzeczy, nie chciałam opuszczać tej mydlanej bańki. Okres gimnazjum wspominam najpiękniej, niesamowite zżycie się z przyjaciółmi, których cenię i szanuję po dziś dzień, totalne wyklepanie na naukę - "byleby do liceum", pierwsza miłość.. La, la, la, kwiatki i stokrotki. Potrzeba bycia najpiękniejszą i najlepszą w każdej dziedzinie dla "tego jedynego" sprawiła, że stałam się szklaną kulą, która w pewnym momencie niefortunnie sturlała się z kredensu i rozstrzaskała się (no niemalże onomatopeja, czujecie humanistkę?) w drobny niemalże mak. Z biegiem czasu, coraz bardziej traciłam więź z (uwaga) niektórymi przyjaciółmi, tylko niektórymi, ze względu na ich poglądy, a nawet orientację seksualną. Zatraciłam swoją niezależność, chęć do bywania wśród innych ludzi. Wówczas był to dla mnie normalny przebieg wydarzeń, przecież to oczywiste, że dla "miłości" poświęca się niektóre rzeczy. Właśnie - niektóre. Zamknęłam się w sobie. Dobrze czułam się tylko w domu, tylko wśród rodziny, a najlepiej sama. Doszłam do takiego momentu beznadziei, że jadąc z własną rodziną na święta szukałam w internecie sposobu na popełnienie samobójstwa. Rozumiecie to? Niemalże "TOP 100 HASEŁ WYSZUKIWANYCH W GOOGLE PRZEZ 15-LATKI". Teraz się z tego śmieję, wtedy nie było mi do śmiechu. W tym momencie jestem niemalże przerażona jak głębokie zaburzenia we mnie siedziały. Myślę, że dość drastycznych scen. Był to moment, gdy nosiłam za duże ubrania, szerokie dżinsy, (koszmarne) nike air force 1 długie, białe - ogólnie niektórych rzeczy lepiej nie pamiętać, nie malowałam się i praktycznie wcale o siebie nie dbałam. Hitem w mojej licealnej klasie były moje długie, naturalne paznokcie (tyle z dbania o siebie). Nie  potrzebowałam zwracać na siebie uwagi, nie chciałam tego. Taka trochę chłopczyca ze mnie była.. Dziewczęco ubierałam się tylko w domu, na uroczystości rodzinne.. Okropnie zazdrościłam innym dziewczynom tego, że są piękniejsze, że dbają o siebie. To jest dopiero ironia - nie dba o siebie i zarzuca z pretensją dbanie o siebie innym. Tak, taka byłam. Okrutnie i na potęgę oceniałam inne dziewczyny (w sumie chłopaków też) po wyglądzie. By przypodobać się komuś, gdy już z kimś udało mi się zyskać nić porozumienia, potrafiłam być (według mnie) okrutnie fałszywa, za co cierpię ogromnie. 

Wszystko to co opisałam wyżej najchętniej nazwałabym jakimś skomplikowanym syndromem lub schorzeniem psychiatrycznym (nawet), niestety jeszcze nie mam na ten temat zielonego pojęcia. Nie korzystałam z pomocy psychologa, psychoterapeuty czy psychiatry. Nie myślałam wtedy o takich rozwiązaniach.

Jak jest dziś? Dziś jest pięknie. Przebłyski normalności zaczęłam mieć w listopadzie 2016 roku, ostatecznie zrozumiałam, że można żyć inaczej w lutym 2017 roku. Pierwsze co - zaczęłam o siebie dbać, zaczęłam się malować, zwracać uwagę na to jak wyglądam, za tym zyskałam więcej pewności siebie -> to pomogło mi otworzyć się na ludzi i uwierzyć w to, że "kurczę, ja naprawdę jestem (w jakiś tam swój dziwny sposób) piękna i dużo potrafię. Zyskałam w swojej ówczesnej klasie przyjaciół, z którymi mam kontakt do dziś (koniec liceum, matura za pasem, a ta zyskuje przyjaźnie). Odzyskałam przyjaźń wartą więcej niż niejeden "tego kwiatu pół światu". Słuchajcie tego, wzięłam się za siebie i zdałam prawo jazdy! To jest hit. Zdałam za pierwszym razem - nie wiem jak, ale się udało. Do dziś mam problem z parkowaniem, ale do przodu i do tyłu jeżdżę, także stabilnie. Poszłam do pracy, gdzie także znalazłam przyjaciół, którzy stoją za mną murem, choć znamy się niedługo ponad rok. Wpływ moich przyjaciół, wpływ mojej rodziny na mnie był wtedy tak ogromny, że szczęście znów zaczęło płynąć w moich żyłach.  W tejże pracy znalazłam prawdziwą miłość swojego życia, dziś wychowujemy trzymiesięcznego szczeniaka, wabi się Jan, tutaj też stabilnie, dajemy radę. Dużego kopniaka dał mi staż w urzędzie miasta, a potem moja teraźniejsza praca - koordynator świadczeń medycznych (w skrócie recepcjonistka, to dłuższe ładniej i bardziej profesjonalnie brzmi). Troszeczkę zmężniałam, nabrałam poczucia obowiązku, uwielbiam kontakt z ludźmi, pracę z nimi. Moja aktualna praca wyczuliła mnie na to jak ważne jest współczucie do drugiego człowieka, a przede wszystkim cierpliwość, odpowiedzialność i opanowanie. Jestem szczęśliwa w tym punkcie, w którym jestem. Nie zważam na porażki, wręcz przeciwnie, uczę się na nich, analizuję co mogę poprawić. Nikt nie jest idealny, ja tym bardziej, ale próbować mogę, prawda?

"Piszę już puentę." - "To nie jest puenta." - powiedział Darian. La, la, la, humanistka. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? To nie jest użalanie się nad sobą, to nie jest, słuchajcie, chęć zwrócenia na siebie uwagi, przedstawiłam Wam siebie, odkleiłam się od swojego aktualnie idealnego świata, by Was uczulić. Planowałam post o tym by nie oceniać innych po wyglądzie, przez pryzmat siebie, ale tutaj też właśnie o to mi chodzi Kochani. Choć ten post to pomieszanie z poplątanym, mam nadzieję, że zrozumieliście wszystko. 

Gdy widzisz nieznajomą "kobietę cień", uśmiechnij się do niej, jeśli ją znasz - podpowiedz, poradź, zaproponuj. To zaowocuje pięknem i przede wszystkim szczęściem "cienia". Uwierzy w siebie, zyska przyjaźnie. Kobieta szczęśliwa, to kobieta, która może wszystko. Wszystko. 

Gdy pisałam swojego poprzedniego, albo prze-poprzedniego bloga, Mama powiedziała mi: "Piszesz tak prosto, jakbyś z kimś rozmawiała, i to mi się podoba.". Gdy przeczytał projekt tego posta, pocałował moją dłoń, i tym pięknym akcentem zakończę dzisiejszy wywód. Adios (czy jakoś tak).

Całuję mocno,
Klaudia.

(Zdjęcia kilka lat temu wykonał Pan Piotr Karpiński, fotograf z moich, pięknych Bobolic.)

21 maja 2018

Jak dobrze wstać

Dzień dobry!

Nazywam się Klaudia i mam 20 lat. Na codzień pracuję w centrum rehabilitacyjno-medycznym, jako koordynator świadczeń medycznych oraz doznałam niesamowitego olśnienia (rok po maturze) i wyczekuję rekrutacji na studia - psychologia.

Dlaczego tutaj znów jestem? To mój (chyba) szósty już blog, na który podejrzanie mam pomysł, wiem co chcę pisać i do kogo. Jeden z nich jest jeszcze dostępny, Cheap fashion for all by Klaudia Pluta. Czujecie klimat? Zobaczycie tam jak wyglądała mała, smutna, Klaudynka i jak wpadła na pomysł by wytatuować sobie cytat z mickiewiczowskiego Tadeusza. Głęboko w serduchu liczę na to, że ta przygoda nie skończy się tak samo jak wszystkie inne. Biorąc pod uwagę fakt, w jaki sposób podczas ostatniego roku moje życie się zmieniło, jak bardzo dojrzałam do tego by być tą, którą jestem teraz, by być taką jaka jestem teraz, chciałabym się podzielić z Wami swoim sposobem myślenia, swoim głębokim "pozytywizmem", optymizmem, który we mnie osiadł ostatnimi czasy.
 
Swoją "filozofię" połączę na tej witrynie z zamiłowaniem do ubrań - chore, ale prawdziwe. Choć nie jestem zakupoholiczką, która musi mieć nowości w szafie, lubię dobrze wyglądać (gust nie przemija - czy jakoś tak), zdaję sobie z tego sprawę, że nie zawsze mi to wychodzi, w każdym razie namiętnie próbuję. Wierzę w to, że choć w 1% zainteresuję Was swoją osobą.


















Dziękuję za poświęcony mi czas.

Do usłyszenia!
Klaudia